
W miarę zbierania i weryfikacji materiałów do kolejnych części - przypomina mi się coraz więcej szczegółów.
Przepraszam zatem - już teraz - za rozbudowywane wątki. :)
-----------------------------------------------------

W środę byłem w Kowańcu odwiedzić Basię. Do Basi jechałem pociągiem i autobusem. Najpierw pociągiem do Nowego Targu, a potem autobusem do Kowańca. W tym samym czasie Kasia upadła ze schodów i złamała sobie obojczyk i jest chora. Mój Wujek tu jest. Przyjechał w czwartek z Poznania. I przywiózł nam kompasy. Wczoraj zrobiliśmy tamę na rzece Rabie. Dzisiaj skończyłem książkę pod tytułem I ty zostaniesz Indianinem. Wczoraj wypożyczyłem sobie książkę pod tytułem Latający doktor.
Zdjęcia z Kowańca
1. Idziemy z Basią na spacer.
2. Jemy obiadek.
Basia – to córka koleżanki mojej Mamy – „cioci” Ireny. Nasze Mamy poznały się jeszcze w czasach studiów na Uniwersytecie w Toruniu. Ojciec p. Ireny był wybitnym paleontologiem i moja Mama, wraz z „ciocią” Ireną – były Jego studentkami. Basia i ja znaliśmy się „od zawsze”, w latach wcześniejszych nasze rodziny spędzały wspólnie wakacje w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą – moja Mama i pani Irena prowadziły tam badania przygotowując doktoraty. Gdy zaczęliśmy wyjeżdżać na wakacje do różnych miejscowości - przez kilka lat miały miejsce wakacyjne odwiedziny.
Jak wynika z „Pamiętnika…”, Wujek Tadzik przyjechał do Raby w dzień po wypadku Kasi. Najprawdopodobniej – przyjechał na motocyklu (marki nie pamiętam). Wujostwo mieli motocykl i często – bez dzieci – podróżowali nim po okolicach Poznania lub do rodzinnych Sobek pod Łodzią. Z czasem – na początku lat 70-tych, stali się posiadaczami Trabanta 601.
Nie pamiętam jakież to kompasy przywiózł nam Wujek – jako leśniczy miał ułatwiony dostęp do tego typu sprzętu.

Zdjęcie nie znalazło się w „Pamiętniku…” choć zrobione zostało w roku 1967.
Rok wcześniej, zaraz po przyjeździe do Raby, Rodzice zapisali całą naszą trójkę do wiejskiej biblioteki, która mieściła się nieopodal dworca kolejowego, w „city”. I co kilkanaście dni – w zależności od pogody -wędrowaliśmy wymieniać książki. Telewizora u naszych Gospodarzy nie było, woziliśmy ze sobą radio tranzystorowe – bodaj „Sokół”, w kiosku przy kościele można było czasem zdobyć tygodniki typu „Przekrój”, „Świat Młodych”, „Film”… Książki pożyczane z biblioteki – to była podstawowa rozrywka, zwłaszcza podczas częstych „lipcowych załamań pogody”. Plus gry planszowe i karciane. Najczęściej grywaliśmy w "wojnę".
Jestem prawie pewien, że właśnie to wakacyjne wypożyczanie książek rozbudziło we mnie, siedmiolatku, pasję czytania książek przy każdej możliwości.
Książkę „I ty zostaniesz Indianinem” Wiktora Woroszylskiego (wyd. 1960) – kilka lat później – kupiłem na targach pod PKiN. Prawdopodobnie wtedy zacząłem czytać i zbierać książki z serii „Klub siedmiu przygód”. „Latającego doktora” autorstwa Michaela J. Nooana, także miałem w swoich zbiorach (wyd. 1967).
Zaczytywałem się wtedy przygodami Pana Samochodzika, bohaterów „Wakacji z duchami” czy „Długiego deszczowego tygodnia”. Zresztą, przygody Inki, Groszka, Pacułki, Katarzyny i Włodka rozgrywały się przecież w podkarpackiej wsi, czyli prawie tak jakby w Rabie Wyżnej. Książka p. Broszkiewicza, o kolejnych przygodach bohaterów "Wielkiej, większej i największej" ukazała się drukiem w serii „Klub siedmiu przygód” - w 1966 roku.

--------------------------------------------------
cdn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz