
To wspomnienie miało powstać już dziesięć lat temu i miało mieć tytuł: „”Wakacje sprzed pół wieku”. No, ale jakoś tak zeszło. Może uda się tym razem.
Leży przede mną, wyblakły na okładkach, tak zwany „zeszyt szesnastokartkowy w trzy linie”. Podstawa wyposażenia pierwszoklasistów w latach, gdy rozpoczynałem swoją edukację. To, że dotrwał do dnia dzisiejszego – zakrawa przynajmniej w części na cud. Ilekroć po niego sięgam – zastanawiam się czy to zrządzenie losu – czy może przemyślne działania mojej Mamy.
Zeszyt jest częściowo zapisany – mało wprawnym pismem ucznia pierwszej klasy podstawowej. Czyli moim.
Usiłowałem kiedyś – za życia Rodziców – dojść do prawdy na temat powstania tego „pamiętnika z wakacji”. Według Mamy – była to, tak zwana, wakacyjna praca, która miała wyrobić we mnie lepszy (w domyśle wyraźniejszy) charakter pisma i poprawić moje zdolności w zakresie znajomości ortografii i interpunkcji.
Uważne przeglądanie „Pamiętnika…” połączone z głębokim sięgnięciem do „zapisów” w mojej pamięci – pozwala przyjąć założenie, że to faktycznie musiała być „zadana” praca, choć nie jest wykluczone, że na taki pomysł wpadli wyłącznie moi Rodzice. Tak czy inaczej – jak przez mgłę - pamiętam, że ta wersja jest wynikiem „przepisywania” przeze mnie wspomnień zapisywanych co kilka dni w trakcie wakacji. Być może pisałem gdy padało, a w tamtych latach, w górach, lipiec był miesiącem wyjątkowo deszczowym. Prawie każdy.
Usiłowałem kiedyś – za życia Rodziców – dojść do prawdy na temat powstania tego „pamiętnika z wakacji”. Według Mamy – była to, tak zwana, wakacyjna praca, która miała wyrobić we mnie lepszy (w domyśle wyraźniejszy) charakter pisma i poprawić moje zdolności w zakresie znajomości ortografii i interpunkcji.
Uważne przeglądanie „Pamiętnika…” połączone z głębokim sięgnięciem do „zapisów” w mojej pamięci – pozwala przyjąć założenie, że to faktycznie musiała być „zadana” praca, choć nie jest wykluczone, że na taki pomysł wpadli wyłącznie moi Rodzice. Tak czy inaczej – jak przez mgłę - pamiętam, że ta wersja jest wynikiem „przepisywania” przeze mnie wspomnień zapisywanych co kilka dni w trakcie wakacji. Być może pisałem gdy padało, a w tamtych latach, w górach, lipiec był miesiącem wyjątkowo deszczowym. Prawie każdy.
Początkowo chciałem jedynie – na zasadzie „chwalenia się” – zdigitalizować kolejne kartki z „Pamiętnika…” i zaprezentować je nieomal w formie oryginalnej. Jednak z czasem doszedłem do wniosku, że warto poszczególne wpisy opatrzyć dodatkowym komentarzem. „Pamiętnik…” uzupełniony jest fotografiami – robionymi głównie przez mojego Tatę podczas każdych wakacji. W 1967 roku nie miałem jeszcze „własnego” aparatu, ale część zdjęć (to też – o dziwo – pamiętam) było robionych przeze mnie.
Podstawowe informacje:
„Pamiętnik…” był prowadzony przeze mnie – ówcześnie ośmiolatka, mającego za sobą ukończenie pierwszej klasy szkoły podstawowej. Jako chorowity jedynak (problemy z drogami oddechowymi) byłem „wywożony” na prawie całe wakacje tu i ówdzie. Opisane wakacje – były drugimi, jakie spędzałem w Rabie Wyżnej. W sumie, do tej wioski w Gorcach jeździliśmy – na dłużej lub krócej - przez prawie 10 lat. Moi Rodzice mieli w tym czasie odpowiednio 38 i 40 lat. Dzięki pracy w instytucjach naukowych – było możliwe, przy wydatnej pomocy Babci, bym mógł spędzić poza Warszawą prawie całe dwa miesiące wakacji. System „opieki rotacyjnej” sprawdzał się bardzo dobrze.
Raba Wyżna i czas w niej spędzony został w mojej pamięci na zawsze.
Zresztą – nawet teraz, gdy jadę w Tatry samochodem, staram się przez Rabę przejechać…
Uwagi techniczne.
Prezentacja „Pamiętnika…” – będzie w częściach. Mniej więcej zgodnie z datami poszczególnych zapisów. Plus dodatkowe uzupełnienia/wyjaśnienia.
PS.
Poza oryginalnymi fotografiami, które zostały umieszczone w „Pamiętniku…” – zapewne po powrocie do Warszawy, po przepisaniu „na czysto” – wstawiam również i inne fotografie, głównie „z epoki”.
PPS.
Zapewne z czasem (mam taką nadzieję i zamiar) owe uzupełnienia i wyjaśnienia będą się rozrastały
Zapraszam…
Raba Wyżna i czas w niej spędzony został w mojej pamięci na zawsze.
Zresztą – nawet teraz, gdy jadę w Tatry samochodem, staram się przez Rabę przejechać…
Uwagi techniczne.
Prezentacja „Pamiętnika…” – będzie w częściach. Mniej więcej zgodnie z datami poszczególnych zapisów. Plus dodatkowe uzupełnienia/wyjaśnienia.
PS.
Poza oryginalnymi fotografiami, które zostały umieszczone w „Pamiętniku…” – zapewne po powrocie do Warszawy, po przepisaniu „na czysto” – wstawiam również i inne fotografie, głównie „z epoki”.
PPS.
Zapewne z czasem (mam taką nadzieję i zamiar) owe uzupełnienia i wyjaśnienia będą się rozrastały
Zapraszam…
------------------------------------------------------------
Lipiec
1
Lipca 1967r.
Grześ
Przyjechałem rano w środę. Jechaliśmy wagonem sypialnym.
Wczoraj byłem w lesie. Z Mamą i Tatą i z kolegami: z, Iwonką, Leszkiem, Jackiem i Kasią< Zbyszkiem, i z psem Barym.
Jest mi tu dobrze.
Raba Wyżna
Raba to mała wioska. Raba leży nad rzeką Rabą.
Widok na Rabę z wieży triangulacyjnej.
Moi koledzy: są to Zbyszek, Tadzik, Iwona, Leszek, Tomek, Jasio. Mój kochany braciszek i siostrzyczka: Kasia i Jacek, I pies Bary.
Od przyjazdu jest ładna pogoda.
To są moi koledzy i Ciocia. Wszyscy idziemy do lasu.
Jacek i Kasia siedzą na (palch) palach w lesie.
Grześ
Przyjechałem rano w środę. Jechaliśmy wagonem sypialnym.
Wczoraj byłem w lesie. Z Mamą i Tatą i z kolegami: z, Iwonką, Leszkiem, Jackiem i Kasią< Zbyszkiem, i z psem Barym.
Jest mi tu dobrze.
Raba Wyżna
Raba to mała wioska. Raba leży nad rzeką Rabą.
Widok na Rabę z wieży triangulacyjnej.
Moi koledzy: są to Zbyszek, Tadzik, Iwona, Leszek, Tomek, Jasio. Mój kochany braciszek i siostrzyczka: Kasia i Jacek, I pies Bary.
Od przyjazdu jest ładna pogoda.
To są moi koledzy i Ciocia. Wszyscy idziemy do lasu.
Jacek i Kasia siedzą na (
Zanim Rodzice stali się posiadaczami samochodu osobowego marki Syrena 104 (w roku 1968 po wakacjach), podróż na wakacje to było ogromne przedsięwzięcie logistyczne.
Jeździliśmy pociągiem osobowym – nocnym – relacji Warszawa– Zakopane. Na szczęście Tacie jakoś udawało się kupić w Orbisie bilety w wagonie sypialnym. Pociąg wyjeżdżał z Warszawy (o ile pamiętam z dworca Warszawa Główna osobowa) późnym wieczorem. Na stacji w Rabie zatrzymywał się około 9 rano następnego dnia (w późniejszych latach zyskał nazwę „rzeźnia”). Ze względów „bezpieczeństwa” na kuszetce najwyższej – spał z reguły Tata, na środkowej Mama, a ja na najniższej. Jednak mniej więcej ok. godziny 6-7, czyli gdzieś w Krakowie i tak się budziłem – i zamieniałem z Mamą. Bo środkowa kuszetka była na wysokości okna. Wyglądanie przez okno jadącego pociągu, na granicy sny i jawy – pozostało we mnie do dziś.

W pierwszych latach pobytu do Raby woziliśmy ze sobą prawie wszystko, włącznie z pościelą. Gospodarz – p. Zięba – wyjeżdżał po nas na dworzec wozem konnym.
Wynajmowaliśmy jeden pokój – na piętrze, w pokoju było małżeńskie łoże z siennikiem (dla Rodziców), rozkładane łóżko polowe (amerykańskie) – dla mnie. Szafa, stolik z trzema krzesłami – wieszaki na drzwiach plus dodatkowe, improwizowane z kijów, umywalka z lustrem i miejscem na miskę. Stołek do postawienia garnków, grzałkę przywoziliśmy ze sobą. Poza tym wrzątek/gorącą wodę nosiło się wiadrem od Gospodarzy. Dwa wiadra – na czystą wodę i na brudną, nocnik, parawan. Sławojka/wygódka – była za oborą.
Oczywiście – wyżywienie „we własnym zakresie”. Mleko oraz nabiał i masło, warzywa – kupowaliśmy od Gospodarzy (Tata bardzo lubił świeże, jeszcze czasem ciepłe mleko tuż po udoju). Niedaleko od gospodarstwa p. Ziębów – był sklep gminny. Po większe zakupy, w tym po chleb chodziło się do „city”, – czyli do centrum wsi (kościół, plebania, apteka, sklep „ze wszystkim”, lokalna sala kinowa, biblioteka, stacja kolejowa) – około 3 kilometrów. Mniej więcej w połowie drogi między naszą częścią wsi (Raba Wyżna Węgrzynówka), a „city” – mieszkała p. Bachledowa, która prowadziła jadłodajnię dla letników – obiady domowe. Tak więc każdego dnia – mniej więcej w południe (ok. godz. 13) wyruszaliśmy na obiad (zupa, drugie danie, kompot – w niedzielę ciasto). Swoistym "przypominaczem", iż jest już pora iść na obiad - było pojawienie się ekspresu "Tatry", który przejeżdżał koło naszego domu w południe.
Uzupełnieniem „dziennego menu” – były praktycznie codziennie – świeże jagody albo poziomki, przynoszone rano przez dzieci sąsiadów, gdy wracały po wyprowadzeniu krów na pastwiska.
Oczywiście – wyżywienie „we własnym zakresie”. Mleko oraz nabiał i masło, warzywa – kupowaliśmy od Gospodarzy (Tata bardzo lubił świeże, jeszcze czasem ciepłe mleko tuż po udoju). Niedaleko od gospodarstwa p. Ziębów – był sklep gminny. Po większe zakupy, w tym po chleb chodziło się do „city”, – czyli do centrum wsi (kościół, plebania, apteka, sklep „ze wszystkim”, lokalna sala kinowa, biblioteka, stacja kolejowa) – około 3 kilometrów. Mniej więcej w połowie drogi między naszą częścią wsi (Raba Wyżna Węgrzynówka), a „city” – mieszkała p. Bachledowa, która prowadziła jadłodajnię dla letników – obiady domowe. Tak więc każdego dnia – mniej więcej w południe (ok. godz. 13) wyruszaliśmy na obiad (zupa, drugie danie, kompot – w niedzielę ciasto). Swoistym "przypominaczem", iż jest już pora iść na obiad - było pojawienie się ekspresu "Tatry", który przejeżdżał koło naszego domu w południe.
Uzupełnieniem „dziennego menu” – były praktycznie codziennie – świeże jagody albo poziomki, przynoszone rano przez dzieci sąsiadów, gdy wracały po wyprowadzeniu krów na pastwiska.
Tak się prezentował dom p. Ziębów, w którym przez pięć lat wynajmowaliśmy pokój na wakacje. Okno na pierwszym piętrze, po lewej, z zaimprowizowaną "żaluzją" z prześcieradła, to właśnie okno naszego pokoju. Widoczny na zdjęciu płot i krzaki róż - oddzielały dom od drogi (Chabówka - Czarny Dunajec). Zdjęcie - mojego autorstwa :) - robione jest ze skarpy po przeciwnej stronie drogi. Za mną znajdował się ogródek warzywny p. Ziębowej, a z ogródkiem - nasyp i tory linii Chabówka-Zakopane. Pojedyncze okno w szczycie, na 2 piętrze - to okno pokoju, który wynajmowali Wujek Tadzik i Ciocia Dzidka (rodzice Kasi i Jacka - widać ich w oknie).
Gdy była ładna pogoda – wycieczki do lasu (na grzyby i maliny) stanowiły główne nasz zajęcie. Oczywiście było kilka możliwości do wyboru, do najdłuższych wycieczek zaliczała się „wyprawa” na „górę triangulacyjną”. Trzeba było wyjść z gospodarstwa, po kładce przejść na drugą stronę rzeki i „wspiąć się” na najwyższe, okoliczne wzniesienie, na którym stała klasyczna wieża triangulacyjna (prawem chroniona). Podobno przy dobrej widoczności widać było z „triangula” Tatry. Dla nas – dzieci – pokonanie przewyższenia prawie 300 m (od poziomu rzeki, do „szczytu”) to było solidne wyzwanie.
Prezentacja Kolegów – Zbyszek i Tadzik byli synami Gospodarzy, u których wynajmowaliśmy pokój. Iwona, Leszek, Tomek i Jasio – najprawdopodobniej byli dziećmi innych letników, z Krakowa, którzy przez dwa lata (poznaliśmy się rok wcześniej podczas pierwszego mojego wyjazdu do Raby) spędzali wakacje w tym samym czasie. Państwo Ziębowie – wynajmowali praktycznie cały dom „letnikom”, na wakacje przenosząc się do tzw. „piwnicy”. Strop tej "piwnicy" - stanowił wejście z drogi do domu. Zbyszek (rok starszy) i Tadzik (dwa lata młodszy), jako dzieci „gospodarskie” – niezbyt często uczestniczyli w naszych zabawach. Po prostu – w gospodarstwie liczyła się każda para rąk.
Moje cioteczne rodzeństwo: Kasia i Jacek – byli dziećmi siostry mojej Mamy – Cioci Dzidki. Do Raby – na wspólne wakacje przyjeżdżali kilka razy - pierwszy raz właśnie w 1967 roku.

Sobota 7 Lipca 1967r.
Wczoraj byliśmy na górze z wieżą triangulacyjną. Rysowaliśmy widok o potem zrobiliśmy wystawę naszych prac. Wystawa wisi w sieni i każdemu się podoba. Kąpałem się w rzece Rabie. Leszek, mój kolega ma w tym roku psa Barego. Jest mi tu (
Zbyszek i Tadzik, albo sam Zbyszek – tylko czasem uczestniczyli w naszych wspólnych zabawach. W tych pierwszych latach – jak się można zorientować z "Pamiętnika..." – „na letniakach” było sporo dzieci, mniej więcej w podobnym wieku. Dlatego czasem – Mama lub Ciocia Dzidka, z pomocą najstarszych dziewczynek organizowały wspólne zajęcia – takie jak grupowa wycieczka czy wspólne rysowanie widoków. A później wystawa „w sieni”, przez którą wszyscy wchodzili.
Kąpiel w rzece – wymagała spełnienia aż trzech warunków. Po pierwsze, musiało być naprawdę ciepło by nasze Mamy (zwłaszcza moja) zgodziły się na takie "fanaberie", po drugie – trzeba było wybudować tamę z kamieni i gałęzi (uszczelnianą trawą). Raba była w sumie płytkim strumykiem (jej źródła znajdują się całkiem niedaleko Raby Wyżnej), choć podczas letnich powodzi (po burzach czy po długotrwałych opadach deszczu) zamieniała się w groźną rzekę niszczącą skarpy, podmywającą mosty i drogę, porywającą kładki. Tak więc, żeby w ogóle - dzieci - mogły się "kąpać", a nie brodzić po kostki w wodzie, niezbędne były "prace hydrotechniczne" spiętrzające nurt.
Trzecim warunkiem – było używanie jakiegokolwiek obuwia (krótkie kalosze, tenisówki) – ostre kamienie (piaskowiec fliszowy i łupki) potrafiły boleśnie rozciąć stopę. A i kawałki szkła też się trafiały.
Kąpiel w rzece – wymagała spełnienia aż trzech warunków. Po pierwsze, musiało być naprawdę ciepło by nasze Mamy (zwłaszcza moja) zgodziły się na takie "fanaberie", po drugie – trzeba było wybudować tamę z kamieni i gałęzi (uszczelnianą trawą). Raba była w sumie płytkim strumykiem (jej źródła znajdują się całkiem niedaleko Raby Wyżnej), choć podczas letnich powodzi (po burzach czy po długotrwałych opadach deszczu) zamieniała się w groźną rzekę niszczącą skarpy, podmywającą mosty i drogę, porywającą kładki. Tak więc, żeby w ogóle - dzieci - mogły się "kąpać", a nie brodzić po kostki w wodzie, niezbędne były "prace hydrotechniczne" spiętrzające nurt.
Trzecim warunkiem – było używanie jakiegokolwiek obuwia (krótkie kalosze, tenisówki) – ostre kamienie (piaskowiec fliszowy i łupki) potrafiły boleśnie rozciąć stopę. A i kawałki szkła też się trafiały.
----------------------------------------------------------------
cdn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz