sobota, 21 listopada 2020

Pół wieku amatorszczyzny - część druga...

 Poprzednią część tego "felietonu bogato ilustrowanego o niczym"  zakończyłem w czasach niezbyt odległych od współczesności. 


Ta "zupełnie inna historia" zaczęła się w lutym 2010 roku, gdy od znajomego dostałem w prezencie "lustrzankę dwuobiektywową" marki Start. Model: Start 66. Od kilku lat (od 2005) roku pstrykałem amatorskie pstryki przy użyciu aparatów cyfrowych, zabierając je wszędzie gdzie tylko było można (lub nie) i "uszczęśliwiając" najbliższą Rodzinę i kilkoro dalszych znajomych wykonanymi tu i ówdzie fotografiami. To był całkiem niezły pomysł na rozmaite - okolicznościowe - prezenty. Odrobina wprawy w graficznym opracowaniu pliku, zlecenie wykonania wydruku, oprawa w kartonowe ramki - i voilà... prezent gotów. Namówiony przez LP zacząłem nawet - bezczelnie - prezentować zdjęcia publicznie - czyli na portalu fotograficznym Plfoto. 

Ta opowieść dotyczy głównie zdjęć/fotografii - jak się to obecnie nazywa - "analogowej", więc wyłącznie z kronikarskiego obowiązku wstawiam zdjęcie aparatu cyfrowego, jakim - nadal - fotografuję cyfrowo...Canon EOS 7D (godny następca EOS-a 300D) - służy mi już ponad 10 lat. Aparatami cyfrowymi zrobiłem sporo zdjęć, z niektórych jestem bardzo zadowolony, ba! - nawet niektóre z nich były prezentowane na wystawach czy zdobywały wyróżnienia na mniej - lub bardziej lokalnych - konkursach...


No i kilka fotografii zrobionych - na przestrzeni lat 2005 - 2020 - tym, oraz poprzednio przeze mnie używanymi "cyfrakami"...




W ramach chwalenia samego siebie dodam, że ostatnie zdjęcie z prezentowanych powyżej "cyfrowych", przedstawia fragment jednej z wystaw - moich zdjęć. Oczywiście tych "analogowych".

Wracając do głównego "meritumu". Nie będę przedstawiał wszystkich aparatów "analogowych", którymi robiłem - i robię nadal - fotografie. Było/jest ich trochę, zwłaszcza, że mam kolekcjonerskie zapędy i w pewnym momencie zacząłem zbierać takie aparaty. 

"Prezentację" ograniczę wyłącznie do tych modeli, których używam najczęściej. Z różnych zresztą przyczyn :)

Pierwszy był - o czym już pisałem - Start 66. Dokładnie ten, który widać na zdjęciu poniżej...


 Podobnie jak w przesżłości Druh, czy Praktica - Start stał się moim nieodłącznym towarzyszem. Pierwsze zdjęcia, wykonane podczas wycieczki na Kasprowy Wierch (w przerwie nauki jazdy na nartach) - wyszły (świadomie używam określenia "wyszły", bo ustawianie czasu i przysłony robiłem wtedy - jak się to określa - "intuicyjnie". Tak naprawdę nic nie powinno być widać na tych zdjęciach...) na tyle dobrze, że negatyw wywołany w najbliższym zakładzie fotograficznym - nadawał się do dalszej "obróbki". W początkowym okresie - nie mając zbytniej pamięci do tych strasznych zależności czas-przysłona-czułość - nastawy określałem w oparciu o wskazania światłomierza z aparatu cyfrowego :). Po czym nabyłem światłomierz zewnętrzny - no i uważnie poczytałem kilka książek. Ze zrozumieniem :). Start towarzyszył mi zarówno w służbowych/dydaktycznych wyjazdach jak i w wakacyjnych wyprawach. Dotarł z nami aż nad Ocean (Portugalia) - no i oczywiście zwiedził solidny kawałek Francji...

Mniej więcej rok po otrzymaniu Starta nabyłem kolejny aparat, który na dłużej stał się "aparatem pierwszego wyboru". Była to Yashica Mat.

Zapewne przez przypadek - "się tak porobiło" - że kolejne aparaty "sprawdzałem" na wakacyjnych wyjazdach, w terenach górzystych :). Start był pierwszy, gdyby nie te 12 zdjęć, które "się udały" być może zniechęciłbym się do tego rodzaju fotografii. Choć Yashicę nabyłem jesienną porą, to dopiero po wakacyjnym wyjeździe w Alpy (2012) - stała się podstawowym sprzętem... A oto zdjęcia zrobione rzeczoną Yashicą (głównie z Alp, ale oczywiście nie tylko).

Niestety - "sielanka" z Yashicą po kilku latach została brutalnie przerwana. Bez wchodzenia w szczegóły - mechaniczny uraz na trwale uniemożliwił korzystanie z aparatu (na zdjęciu "przedstawiającym" - prezentowany jest kolejny egzemplarz Yashici, który - po latach - udało mi się zdobyć. Oczywiście sprawny.).

W "okresie przejściowym" - w trakcie poszukiwania kolejnego aparatu, który byłby tym "jedynym" robiłem zdjęcia różnymi. Między innymi zdobyłem (świadomie użyte sformułowanie) lustrzanki jednoobiektywowe marki Kiev 88

Mimo początkowego zachwytu, Kiev nie stał się moim kolejnym - ulubionym - aparatem. Ale zrobiłem nim (nimi, bo były dwa, a później nawet trzy i pół, by w ostateczności "stać się" ponownie dwoma :) ) sporo udanych (to znaczy takich, z których ja jestem zadowolony) fotografii. Główną "wadą" tych aparatów - było "wpuszczanie" światła do wnętrza korpusu - podczas wsuwania "szyberka" zamykającego kasetę z negatywem...

Kiev 88 był pierwszym moim aparatem średnio-formatowym systemu SLR z możliwością wymiennej optyki. Kolejny znajomy (serdeczne dzięki!!!) za przysłowiowe "pół litra" odstąpił mi pasujący do Kieva obiektyw o ogniskowej 250 mm. To naprawdę było coś... :)
Zastanawiając się w tej chwili czemu jednak zrezygnowałem z tych aparatów - jako "głównych" - dochodzę do wniosku, że - jak w każdej innej dziedzinie życia - takie decyzje (typu wykluczenia/rezygnacji ze współpracy) opierają się o jakieś, niezbyt przyjemne doświadczenia. Bo tak właśnie było z fotografowaniem Kievem. Miałem aż trzy zapasowe kasety na negatywy. Którejś zimy wybraliśmy się z Kolegą (również fotografem) na wyprawę w rejon dolnych partii Wodogrzmotów Mickiewicza. Dojście było możliwe tylko zimą - wyrąbywanie stopni w lodzie i śniegu trwało przynajmniej dwie godziny. Kolejnych kilka godzin spędziliśmy fotografując. Ja - byłem szczęśliwy, że nie muszę nawijać kolejnych rolek negatywów - bo wszystkie zapasowe kasety załadowałem jeszcze dnia poprzedniego. .... tja... dopiero po powrocie na kwaterę, gdy chciałem powyjmować i opisać naświetlone negatywy - okazało się, że załadowana była tylko pierwsza kaseta, ta, która była doczepiona do aparatu... A przecież nic tamtego wieczora nie piłem... 

Perturbacje związane z korzystaniem z Kievów - skłoniły mnie do poszukiwań kolejnego aparatu. Po dogłębnej analizie - głównie możliwości finansowych... - zdecydowałem się na Zenzę Bronicę SQ-A. Polecana przez znajomych, opisywana w superlatywach w "fachowej" literaturze - okazała się rzeczywiście "tą jedyną"... (odpukać: puk, puk, puk).

 Na zakończenie - muszę wspomnieć o jeszcze jednym aparacie. Nabyłem go kilka lat temu, już w czasie, gdy moim "podstawowym" aparatem była Zenza. Ale nie kupowałem go z myślą o zmianie. :) Trudno go właściwie zakwalifikować do jakiejś innej kategorii - niż: "spełnienie marzeń foto-amatora". Tym aparatem jest - oczywiście - Rolleiflex.

 
  
 

To już właściwie koniec tej historii o niczym. Oczywiście - fotografowałem - i fotografuję (odpukać) innymi aparatami - nie tylko średnio-formatowymi. Zdarza mi się nacisnąć spust migawki w jakimś małoobrazkowcu, dzięki uprzejmości Kolegi Zbyszka - miałem okazję fotografować LF-ami. Na półce w pokoju stoją dwa aparaciki typu "box", a w "fotograficznej szafce" leży puszka po "Balantinesie" przerobiona na aparat otworkowy. Podarowanym przez znajomego - mocno zabytkowym (z 1911 roku) aparatem marki Goerz robiłem zdjęcia bezpośrednio na papierze fotograficznym. W ramach pogłębiania amatorszczyzny, którą się bawię od ponad 50 lat - udało mi się opanować (w miarę dobrze) zasady naświetlania negatywu, wywołania tegoż negatywu - a nawet zrobienia odbitki. O "hybrydowej" metodzie digitalizacji negatywów i opracowywania obrazu w programach graficznych również mam niejakie pojęcie. :) Nauczyłem się nawet robić całkiem poprawne zdjęcia aparatem telefonicznym :). 

Od "Druha" do "Rolleiflexa" - tam i z powrotem. :) I cały czas - z przyjemnością.

Czego i wszystkim czytającym życzę. :)

1 komentarz:

  1. Bardzo ciekawa historia i znakomite foty! Od tej chwili, jestem fanem Twojego bloga i zatapiam się w jego lekturę!

    OdpowiedzUsuń