Warszawa – to wyjątkowe miasto. Nawet w skali Europy.
1 sierpnia – to od 1944 roku wyjątkowy dzień.
Być w Warszawie 1 sierpnia – to wyjątkowe przeżycie, w dwójnasób.
Bycie Warszawiakiem w tym dniu - to przeżycie nie dające się opisać.
Coraz mniej jest osób, które przeżyły 1 sierpnia 1944 roku w Warszawie.
Ich wspomnienia związane z tym dniem – zacierają się, zmieniają.
Jakim dniem – dla tych milionów Warszawiaków i osób przebywających w tym czasie
w mieście – był TEN dzień?
Coraz mniej jest również osób, które przeżywały 1 sierpnia w Warszawie – w latach tuż powojennych, w latach PRL-u. A jednocześnie – osób, które chciałyby przeżyć 1
sierpnia w Warszawie jest coraz więcej.
Co tak naprawdę przeżywamy każdego roku 1 sierpnia?
Co przeżywali uczestnicy
tamtych wydarzeń, bez względu na to czy niecierpliwie, z nadzieją, z obawami
czekali wybicia godziny 17 gdy ruszą do walki, czy też zajęci byli „zwykłymi” obowiązkami dnia
codziennego. Które to zajęcia i obowiązki ze względu na sytuację „ogólną” – od kilku
dni były wtedy, w lecie 1944 roku w Warszawie wyjątkowo „niezwykłe”, nawet jak
na okupacyjne realia?
Oczywiście – możemy sięgnąć do spisanych, opublikowanych wspomnień. Możemy też
przypomnieć sobie opowieści tych, którzy choć nie upubliczniali swoich przeżyć –
być może – dzielili się nimi z najbliższymi.
Główną „wadą” tego rodzaju dokumentów – jest to, że powstawały już po tych wydarzeniach.
Z całym bagażem wiedzy, przeżyć wspominających. Ile wspomnień – tyle interpretacji.
We wspomnieniach – tych oficjalnych – osób związanych z Podziemiem, dominują
opisy niecierpliwego oczekiwania, obaw związanych z dysproporcją siły
militarnej, wreszcie – problemy związane z lokalnymi sytuacjami, które
doprowadzały do wcześniejszego rozpoczęcia starć czy dekonspiracji wymagającej
działań „bezplanowych”.
We wspomnieniach „cywili” – dominują właściwie trzy określenia: „zaskoczenie”, „radość”,
„lęk”.
Tak 1 sierpnia 1944 roku wspomniał (na wiele, wiele lat po tamtym dniu) mój Tata:
„Wybuch Powstania zaskoczył mnie wraz z Heńkiem (moim kuzynem z Częstochowy) i
Ojcem w naszej stolarni. Strzelanina na ulicy Belwederskiej rozpoczęła się
wcześniej niż zapowiadana godz. „W” i uniemożliwiła nam powrót do domu, mimo że
odległość między tymi obiektami (stolarnią i mieszkaniem – przyp. mój)
nie przekraczała 500 m, a mnie dodatkowo uniemożliwiła stawienie się na punkt
zborny na Stare Miasto. Pod wieczór, od drugiej strony dołączył do nas wujek
Kazik i wtedy Ojciec ze skrytki urządzonej w drzwiach wyciągnął posiadaną przez
nas broń. Był to przedwojenny pistolet Ojca (Walther) oraz „zrzutowy” Colt –
własność wujka, który przechowywał broń w tej skrytce. Ojciec był przekonany,
że znajdujemy się na obszarze „ziemi niczyjej”, teoretycznie bezpiecznej i że
na te kilka dni powstańczej „ruchawki” broń nie będzie nam potrzebna. Oddał Walthera
wujkowi, który tej samej nocy wyruszył do swojej jednostki, gdzieś na Górnym
Mokotowie (Wujek Kazik, brat mojego Dziadka ranny w Powstaniu, zmarł kilka miesięcy po
upadku Powstania – przyp. mój). Pomimo tego „względnego” poczucia
bezpieczeństwa, Ojciec podjął decyzję by maszyny stolarskie rozebrać i ukryć w
dołach po wapnie na placu przed budynkiem stolarni.”
1 sierpnia przeminął, przeminęło Powstanie.

Pozostała pamięć – w tym pamięć o „TYM” dniu, o godzinie
„W”.
Oto jak pamięć o poległych w Powstaniu Warszawskim opisywał Melchior Wańkowicz –
w oparciu o wspomnienia żony – w liście do poległej w Powstaniu córki („Ziele
na kraterze, wyd. PAX, 1957):
„W wilię Zaduszek Mama i matka Andrzeja porządkowały groby. Warszawa lepiła się
od sztandarów biało-czerwonych owijających portrety Stalina; więc postanowiły
zawiesić tylko ten wasz znak z kotwicą – godło Polski Walczącej. Krzątały się
cichutko – wtedy jeszcze byliście proklamowani jako „bandyci z AK”.
Nagle zdrętwiały. Od bramy wejściowej buchnęła orkiestra, wwalił się pochód z
transparentem: „Robotnicy Woli”. Doszli do waszej kwatery, rozwinęli jeden z
takich biało-czerwonych sztandarów, którymi chcieli zakłamać wszystko. Jeden z
nich wdrapał się na krzyż, uwiesił sztandar u jego czubka i owinął tym sztandarem
drzewo krzyża do ziemi.
- Pomyliliście się – mówi Mama – to nie jest kwatera Armii Ludowej.
A stary robotnik, który prowadził pochód, spojrzał tak ciepło i powiedział
cicho:
- O nie, nie pomyliliśmy się. My wiemy, że naszej Woli bronili chłopcy z
Parasola.
Krysiu – tak powiedzieli.
Wieczorem, przy kwaterze „Parasola” był apel poległych trzech szturmowych
oddziałów. Gdy Mama przyszła – już w mroku stali, czwórkami, w jakże nikłych
oddziałkach – ci od was, ci z „Zośki”, ci z „Miotły”.
Listę waszą czytali pierwszą. I Ciebie jako Annę, więc z początku. I oddział,
jak przy każdym nazwisku odpowiedział:
- Poległa ku chwale ojczyzny.
A potem czytali i czytali nazwiska tych oddziałów… strasznie długo… I za każdym
razem odpowiadała ta gromadka.
Naokoło była pustka i gruzy, i ta garstka”.
---
To wspomnienie dotyczy jednak czczenia pamięci poległych w Powstaniu – przy okazji
Święta Zmarłych.

Pamięć o Powstaniu, o dniu wybuchu Powstania – czczona była w rozmaity sposób –
przez wiele lat „nieoficjalnie”, pół-oficjalnie, a często była wręcz zakazana
lub przeinaczana. Przynajmniej oficjalnie.
Dla Warszawiaków, dla ich rodzin, obecność tego dnia w mieście, zaduma i
wspomnienia – były (i są) czymś oczywistym.
Nie udało mi się odnaleźć żadnego zapisu z konkretną datą, rokiem, w którym to 1
sierpnia o godzinie 17:00 po raz pierwszy w peerelowskiej rzeczywistości rozdzwoniły się dzwony, w nielicznych początkowo,
warszawskich kościołach.
Jako dziecko – w okresie wakacyjnym byłem praktycznie przez całe dwa miesiące
poza Warszawą. Dopiero jako nastolatek, pod koniec szkoły podstawowej, gdy byłem
już po lekturze „Zośki i Parasola” Aleksandra Kamińskiego, po lekturze „Ziela
na kraterze” Melchiora Wańkowicza, po składaniu przyrzeczenia harcerskiego nad
grobem jednego z warszawskich Powstańców, po kilku spacerach z Ojcem po Powązkach
i po Jego przedwojennej i wojennej Warszawie – zacząłem zwracać uwagę na bicie
dzwonów kościelnych – których dźwięk dobiegał do okien naszego mieszkania.
Oczywiście wtedy, gdy byłem w Warszawie 1 sierpnia.
Pamiętam, że któregoś roku, do dźwięku dzwonów (przytłumionego bo w pobliżu
naszego osiedla była jedynie kaplica przy Rondzie Wiatraczna z niezbyt donośnymi
dzwonami), dołączyły syreny alarmowe zainstalowane na niektórych budynkach
zakładów pracy czy blokach (najbliżej nas była syrena alarmowa na dachu szpitala przy ul. Grenadierów). Pierwsze wrażenie było takie jak przy „próbnym
alarmie”, które w tamtych czasach co jakiś czas przeprowadzano. Nie zgadzała
się jednak „melodia” ryczącej syreny. Jak przypuszczam miało to miejsce gdzieś
w połowie lat 70-tych.
Od tamtego „pierwszego” roku – zawsze 1 sierpnia nasłuchiwaliśmy gdzie i jak
długo zawyją „nielegalnie” te syreny. W zależności od aktualnej „sytuacji
społeczno-politycznej” było ich słychać więcej lub mniej, dłużej (ponad minutę)
lub krócej.
Po „Sierpniu ‘80” w czasie „Festiwalu Solidarności” – syreny i dzwony głosiły
wybicie godziny „W” w całej Warszawie bez przeszkód. I chyba – choć to są
wyłącznie moje obserwacje – właśnie wtedy, w 1981, 1982 roku – pojawił się
kolejny element „Pamięci „W” w Warszawie".
Gdy o 17:00 zaczynały bić dzwony kościelne, gdy przyłączały się do nich syreny
alarmowe – ruch (początkowo tylko pieszych i to nielicznych) – na ulicach
Warszawy zamierał na minutę.
Pamiętam te momenty bardzo dobrze – od 1982 roku, gdy
tylko byłem w Warszawie, 1 sierpnia wyruszałem na „spacer” po śladach
powstańczych walk i obserwowałem zachowania ludzi na ulicach. Po to, by o 17:00 zatrzymać się w pół kroku, pochylić głowę i pomyśleć o tych, którzy przeżywali ten moment 1 sierpnia 1944 roku.
Gdy, pod koniec lat 80-tych, do tej minuty zadumy
zaczęli przyłączać się kierowcy, zarówno samochodów prywatnych jak i autobusów,
motorniczowie tramwajów – dochodziło do dziwnych scen, gdy milicjanci (wysyłani
specjalnie w tym czasie do regulowania ruchem na ulicach) usiłowali zmusić zatrzymujące
się pojazdy do kontynuowania jazdy… Straszenie mandatami, gwizdki – nie pomagały.
Dziesiątki tysięcy ludzi stało – bez słowa – na chodnikach, w tramwajach i
autobusach część ludzi wstawała z miejsc siedzących, w sklepach cichły zamówienia. A poza dźwiękiem syren i
dzwonów – panowała cisza. Najbardziej można było odczuć tę chwilę zadumy, „usłyszeć”
tę ciszę – gdy dzwony cichły, a syreny milkły w ułamku sekundy. Przez kilka
sekund nie było słychać „gwaru miasta”. Nie było słychać niczego i nikogo. Było "słychać" pamięć.
A potem, pomału, wszystko wracało do normy,
To było – za każdym razem wspaniałe przeżycie. Kilka razy – gdy stałem w
pobliżu starszych osób, widziałem w ich oczach łzy.
Ta cisza – podkreślana dźwiękiem dzwonów i syren – łączyła wszystkich.
Na przełomie wieków – niestety (piszę to z pełną świadomością) – coś się
zmieniło. Do syren i dzwonów zaczęły dołączać odpalane race i świece dymne,
moment w którym było słychać „ciszę miasta w zadumie” – został zastąpiony
rykiem silników, krzykiem rozmaitych haseł – powielanym przez ręczne megafony.
Pośród ludzi zatrzymujących się na chwilę zadumy, zaczęli pojawiać się ludzie
poprzebierani w paramilitarne uniformy, z rozmaitymi transparentami. Upływ „minuty
ciszy i zadumy” – rozpoczyna rozmaite przemarsze i pochody, pełne krzyku, rac,
hałasu i nienawistnych haseł wykrzykiwanych przez megafony na przemian z okrzykami
„Chwała bohaterom”. „Normalne życie” na głównych ulicach miasta zamiera nie na
minutę poświęconą zamyśleniu i wspomnieniu, a na godzinę, dwie, niecierpliwego
oczekiwania na „powrót” normalności.
Miejsca pamięci – tablice, pomniki, kwatery na cmentarzach – stają się
niedostępne dla „zwykłych” ludzi, bo organizowane są liczne uroczystości
upamiętniające – a względy bezpieczeństwa wymagają wcześniejszego „zabezpieczenia”.

O czym myślimy w dymie rac, w ryku i krzyku rodem ze stadionu piłkarskiego?
Co upamiętniamy 1 sierpnia o godzinie 17?
O czym wtedy myślimy…
Pamiętajmy...