czwartek, 14 sierpnia 2025

Żaglowce w Szczecinie - anno domini 2025

 Tegoroczny zlot żaglowców w Szczecinie - miał się zacząć już od czwartku, 14 sierpnia... 
Ale mimo naszych oczekiwań - do godziny 15:00 wpłynęły jedynie dwa żaglowce. Upał był ogłuszający i nie mieliśmy sił czekać na kolejne. 
Kilka fotografii "natychmiastowych" - przynajmniej z dzisiaj. 
Zapraszamy :)
PS.
Głównym plusem tego oczekiwania, była możliwość zwiedzenia - bez tłumów i z przemiłą rozmową z kapitanem i właścicielem - pięknego szkunera (z niesamowitą historią) Anny fon Hamburg.
Zaproszono nas nawet do mesy, gdzie mogliśmy podziwiać piękne drewniane wyposażenie.
Jach powstał w 1914 roku, przeszedł przez wiele rąk i ma historię wartą poznania... 


a dzień później w Trzebieży... spokój, cisza, żagle, woda i wiatr...



zdjęcia czarno-białe zrobione zostały aparatem Polaroid SX-70, zdjęcia zostały zdigitalizowane aparatem telefonicznym i opracowane w "cyfrowej ciemni".


piątek, 1 sierpnia 2025

Pamięć "W" w Warszawie...

 

 

Warszawa – to wyjątkowe miasto. Nawet w skali Europy.
1 sierpnia – to od 1944 roku wyjątkowy dzień.

Być w Warszawie 1 sierpnia – to wyjątkowe przeżycie, w dwójnasób.
Bycie Warszawiakiem w tym dniu - to przeżycie nie dające się opisać.

Coraz mniej jest osób, które przeżyły 1 sierpnia 1944 roku w Warszawie.
Ich wspomnienia związane z tym dniem – zacierają się, zmieniają.
Jakim dniem – dla tych milionów Warszawiaków i osób przebywających w tym czasie w mieście – był TEN dzień?      

Coraz mniej jest również osób, które przeżywały 1 sierpnia w Warszawie – w latach tuż powojennych, w latach PRL-u. A jednocześnie – osób, które chciałyby przeżyć 1 sierpnia w Warszawie jest coraz więcej.


Co tak naprawdę przeżywamy każdego roku 1 sierpnia? 

Co przeżywali uczestnicy tamtych wydarzeń, bez względu na to czy niecierpliwie, z nadzieją, z obawami czekali wybicia godziny 17 gdy ruszą do walki, czy też zajęci byli „zwykłymi” obowiązkami dnia codziennego. Które to zajęcia i obowiązki ze względu na sytuację „ogólną” – od kilku dni były wtedy, w lecie 1944 roku w Warszawie wyjątkowo „niezwykłe”, nawet jak na okupacyjne realia?                                              

Oczywiście – możemy sięgnąć do spisanych, opublikowanych wspomnień. Możemy też przypomnieć sobie opowieści tych, którzy choć nie upubliczniali swoich przeżyć – być może – dzielili się nimi z najbliższymi.
Główną „wadą” tego rodzaju dokumentów – jest to, że powstawały już po tych wydarzeniach. Z całym bagażem wiedzy, przeżyć wspominających. Ile wspomnień – tyle interpretacji.
We wspomnieniach – tych oficjalnych – osób związanych z Podziemiem, dominują opisy niecierpliwego oczekiwania, obaw związanych z dysproporcją siły militarnej, wreszcie – problemy związane z lokalnymi sytuacjami, które doprowadzały do wcześniejszego rozpoczęcia starć czy dekonspiracji wymagającej działań „bezplanowych”.
We wspomnieniach „cywili” – dominują właściwie trzy określenia: „zaskoczenie”, „radość”, „lęk”.

Tak 1 sierpnia 1944 roku wspomniał (na wiele, wiele lat po tamtym dniu) mój Tata:

 „Wybuch Powstania zaskoczył mnie wraz z Heńkiem (moim kuzynem z Częstochowy) i Ojcem w naszej stolarni. Strzelanina na ulicy Belwederskiej rozpoczęła się wcześniej niż zapowiadana godz. „W” i uniemożliwiła nam powrót do domu, mimo że odległość między tymi obiektami (stolarnią i mieszkaniem – przyp. mój) nie przekraczała 500 m, a mnie dodatkowo uniemożliwiła stawienie się na punkt zborny na Stare Miasto. Pod wieczór, od drugiej strony dołączył do nas wujek Kazik i wtedy Ojciec ze skrytki urządzonej w drzwiach wyciągnął posiadaną przez nas broń. Był to przedwojenny pistolet Ojca (Walther) oraz „zrzutowy” Colt – własność wujka, który przechowywał broń w tej skrytce. Ojciec był przekonany, że znajdujemy się na obszarze „ziemi niczyjej”, teoretycznie bezpiecznej i że na te kilka dni powstańczej „ruchawki” broń nie będzie nam potrzebna. Oddał Walthera wujkowi, który tej samej nocy wyruszył do swojej jednostki, gdzieś na Górnym Mokotowie (Wujek Kazik, brat mojego Dziadka ranny w Powstaniu, zmarł kilka miesięcy po upadku Powstania – przyp. mój). Pomimo tego „względnego” poczucia bezpieczeństwa, Ojciec podjął decyzję by maszyny stolarskie rozebrać i ukryć w dołach po wapnie na placu przed budynkiem stolarni.”

1 sierpnia przeminął, przeminęło Powstanie. 


 Pozostała pamięć – w tym pamięć o „TYM” dniu, o godzinie „W”.

Oto jak pamięć o poległych w Powstaniu Warszawskim opisywał Melchior Wańkowicz – w oparciu o wspomnienia żony – w liście do poległej w Powstaniu córki („Ziele na kraterze, wyd. PAX, 1957):

W wilię Zaduszek Mama i matka Andrzeja porządkowały groby. Warszawa lepiła się od sztandarów biało-czerwonych owijających portrety Stalina; więc postanowiły zawiesić tylko ten wasz znak z kotwicą – godło Polski Walczącej. Krzątały się cichutko – wtedy jeszcze byliście proklamowani jako „bandyci z AK”.
Nagle zdrętwiały. Od bramy wejściowej buchnęła orkiestra, wwalił się pochód z transparentem: „Robotnicy Woli”. Doszli do waszej kwatery, rozwinęli jeden z takich biało-czerwonych sztandarów, którymi chcieli zakłamać wszystko. Jeden z nich wdrapał się na krzyż, uwiesił sztandar u jego czubka i owinął tym sztandarem drzewo krzyża do ziemi.
- Pomyliliście się – mówi Mama – to nie jest kwatera Armii Ludowej.
A stary robotnik, który prowadził pochód, spojrzał tak ciepło i powiedział cicho:
- O nie, nie pomyliliśmy się. My wiemy, że naszej Woli bronili chłopcy z Parasola.
Krysiu – tak powiedzieli.
Wieczorem, przy kwaterze „Parasola” był apel poległych trzech szturmowych oddziałów. Gdy Mama przyszła – już w mroku stali, czwórkami, w jakże nikłych oddziałkach – ci od was, ci z „Zośki”, ci z „Miotły”.
Listę waszą czytali pierwszą. I Ciebie jako Annę, więc z początku. I oddział, jak przy każdym nazwisku odpowiedział:
- Poległa ku chwale ojczyzny.
A potem czytali i czytali nazwiska tych oddziałów… strasznie długo… I za każdym razem odpowiadała ta gromadka.
Naokoło była pustka i gruzy, i ta garstka
”.

---

To wspomnienie dotyczy jednak czczenia pamięci poległych w Powstaniu – przy okazji Święta Zmarłych. 

  
Pamięć o Powstaniu, o dniu wybuchu Powstania – czczona była w rozmaity sposób – przez wiele lat „nieoficjalnie”, pół-oficjalnie, a często była wręcz zakazana lub przeinaczana. Przynajmniej oficjalnie.

Dla Warszawiaków, dla ich rodzin, obecność tego dnia w mieście, zaduma i wspomnienia – były (i są) czymś oczywistym.
Nie udało mi się odnaleźć żadnego zapisu z konkretną datą, rokiem, w którym to 1 sierpnia o godzinie 17:00 po raz pierwszy w peerelowskiej rzeczywistości rozdzwoniły się dzwony, w nielicznych początkowo, warszawskich kościołach.
Jako dziecko – w okresie wakacyjnym byłem praktycznie przez całe dwa miesiące poza Warszawą. Dopiero jako nastolatek, pod koniec szkoły podstawowej, gdy byłem już po lekturze „Zośki i Parasola” Aleksandra Kamińskiego, po lekturze „Ziela na kraterze” Melchiora Wańkowicza, po składaniu przyrzeczenia harcerskiego nad grobem jednego z warszawskich Powstańców, po kilku spacerach z Ojcem po Powązkach i po Jego przedwojennej i wojennej Warszawie – zacząłem zwracać uwagę na bicie dzwonów kościelnych – których dźwięk dobiegał do okien naszego mieszkania. Oczywiście wtedy, gdy byłem w Warszawie 1 sierpnia.
Pamiętam, że któregoś roku, do dźwięku dzwonów (przytłumionego bo w pobliżu naszego osiedla była jedynie kaplica przy Rondzie Wiatraczna z niezbyt donośnymi dzwonami), dołączyły syreny alarmowe zainstalowane na niektórych budynkach zakładów pracy czy blokach (najbliżej nas była syrena alarmowa na dachu szpitala przy ul. Grenadierów). Pierwsze wrażenie było takie jak przy „próbnym alarmie”, które w tamtych czasach co jakiś czas przeprowadzano. Nie zgadzała się jednak „melodia” ryczącej syreny. Jak przypuszczam miało to miejsce gdzieś w połowie lat 70-tych.
Od tamtego „pierwszego” roku – zawsze 1 sierpnia nasłuchiwaliśmy gdzie i jak długo zawyją „nielegalnie” te syreny. W zależności od aktualnej „sytuacji społeczno-politycznej” było ich słychać więcej lub mniej, dłużej (ponad minutę) lub krócej.
Po „Sierpniu ‘80” w czasie „Festiwalu Solidarności” – syreny i dzwony głosiły wybicie godziny „W” w całej Warszawie bez przeszkód. I chyba – choć to są wyłącznie moje obserwacje – właśnie wtedy, w 1981, 1982 roku – pojawił się kolejny element „Pamięci „W” w Warszawie".
Gdy o 17:00 zaczynały bić dzwony kościelne, gdy przyłączały się do nich syreny alarmowe – ruch (początkowo tylko pieszych i to nielicznych) – na ulicach Warszawy zamierał na minutę.

Pamiętam te momenty bardzo dobrze – od 1982 roku, gdy tylko byłem w Warszawie, 1 sierpnia wyruszałem na „spacer” po śladach powstańczych walk i obserwowałem zachowania ludzi na ulicach. Po to, by o 17:00 zatrzymać się w pół kroku, pochylić głowę i pomyśleć o tych, którzy przeżywali ten moment 1 sierpnia 1944 roku. 

Gdy, pod koniec lat 80-tych, do tej minuty zadumy zaczęli przyłączać się kierowcy, zarówno samochodów prywatnych jak i autobusów, motorniczowie tramwajów – dochodziło do dziwnych scen, gdy milicjanci (wysyłani specjalnie w tym czasie do regulowania ruchem na ulicach) usiłowali zmusić zatrzymujące się pojazdy do kontynuowania jazdy… Straszenie mandatami, gwizdki – nie pomagały.
Dziesiątki tysięcy ludzi stało – bez słowa – na chodnikach, w tramwajach i autobusach część ludzi wstawała z miejsc siedzących, w sklepach cichły zamówienia. A poza dźwiękiem syren i dzwonów – panowała cisza. Najbardziej można było odczuć tę chwilę zadumy, „usłyszeć” tę ciszę – gdy dzwony cichły, a syreny milkły w ułamku sekundy. Przez kilka sekund nie było słychać „gwaru miasta”. Nie było słychać niczego i nikogo. Było "słychać" pamięć.

A potem, pomału, wszystko wracało do normy,
To było – za każdym razem wspaniałe przeżycie. Kilka razy – gdy stałem w pobliżu starszych osób, widziałem w ich oczach łzy.
Ta cisza – podkreślana dźwiękiem dzwonów i syren – łączyła wszystkich.

Na przełomie wieków – niestety (piszę to z pełną świadomością) – coś się zmieniło. Do syren i dzwonów zaczęły dołączać odpalane race i świece dymne, moment w którym było słychać „ciszę miasta w zadumie” – został zastąpiony rykiem silników, krzykiem rozmaitych haseł – powielanym przez ręczne megafony. Pośród ludzi zatrzymujących się na chwilę zadumy, zaczęli pojawiać się ludzie poprzebierani w paramilitarne uniformy, z rozmaitymi transparentami. Upływ „minuty ciszy i zadumy” – rozpoczyna rozmaite przemarsze i pochody, pełne krzyku, rac, hałasu i nienawistnych haseł wykrzykiwanych przez megafony na przemian z okrzykami „Chwała bohaterom”. „Normalne życie” na głównych ulicach miasta zamiera nie na minutę poświęconą zamyśleniu i wspomnieniu, a na godzinę, dwie, niecierpliwego oczekiwania na „powrót” normalności.
Miejsca pamięci – tablice, pomniki, kwatery na cmentarzach – stają się niedostępne dla „zwykłych” ludzi, bo organizowane są liczne uroczystości upamiętniające – a względy bezpieczeństwa wymagają wcześniejszego „zabezpieczenia”. 

O czym myślimy w dymie rac, w ryku i krzyku rodem ze stadionu piłkarskiego?
Co upamiętniamy 1 sierpnia o godzinie 17?
O czym wtedy myślimy…

 
  


Pamiętajmy...

wtorek, 22 lipca 2025

Jubileusz...

 
 
70 laty temu oddano do użytku - Warszawiakom i Światu - Pałac Kultury i Nauki.

Od 70 lat odwiedziło Pałac miliony ludzi. Od 70 lat sfotografowano PKiN na tysiące sposobó, namalowano, opisano w książkach, artykułach, obgadano w miliardach rozmów "w realu" i w dziesiątkach miliardów "w sieci".
 
Dla wszystkich urodzonych po 1955 roku (a więc dla tych, którzy mają mniej niż 70 lat) Pałac Kultury i Nauki stał/stoi na Placu Defilad w Warszawie - "od zawsze".

Nie zamierzam - przy okazji jubileuszu - wdawać się w rozmaite "dyskusje" na temat poprawności politycznej istnienia PKiN-u. Jest. Nikt o zdrowym umyśle nie kwestionuje historii, zwłaszcza tej, którą przeżył. :)

W swoich fotograficznych zbiorach mam kilkanaście zdjęć wykonanych przez - nieznanego mi fotografa (zapewne fotografa-amatora) - najprawdopodobniej w lipcu 1955 roku, być może w dniu "otwarcia" Pałacu, może kilka dni wcześniej lub później.
Pałac Kultury i Nauki - to obiekt fotograficzny bardzo wdzięczny i trudny. Fotografują go miliony, miliony prezentują te zdjęcia w mediach społecznościowych. 
Każdy ma zdjęcie Pałacu. 
Mam i ja.
Przygotowując ten tekst, przejrzałem swoje fotografie - tylko te wykonane metodą "tradycyjną", na błonie zwojowej. Okazało się, że w ciągu tych 15 lat, od kiedy głównie "bawię się" fotografią "tradycyjną" zrobiłem prawie 200 zdjęć, na których głównym tematem jest PKiN, albo jego sylwetkę widać gdzieś na dalszym planie.
Oczywiście nie będę prezentował wszystkich :) 
Ale skoro to jubileusz, a nie wiadomo co to będzie za kolejne 10 lat - pozwalam sobie zaprosić wszystkich do obejrzenia kilkudziesięciu zdjęć PKiN-u mojego autorstwa.
Tę "wirtualną wystawę" zacznę jednak od zdjęć archiwalnych, tych o których pisałem.
Oto one...

W swoich "subiektywnych spacerach powarszawskich" próbowałem wykonać podobne ujęcia - ale nie znając rodzaju aparatu i obiektywu jakim były wykonane zdjęcia archiwalne - miałem trochę problemów...
 

Pozostałe, prezentowane poniżej fotografie Pałacu - powstały zarówno wcześniej, jak i po "zdobyciu" przeze mnie fotografii archiwalnych. 
Zapraszam...

  
 

Na zakończenie - moje dwa najbardziej ulubione zdjęcia Pałacu Kultury i Nauki. Pierwsze - zrobiłem wiele lat temu, ostatnie - w zeszłe (2024) wakacje.